8.9.14

Budapeszt 16-18.05.2014, cz. 2

Z włoskim smaczkiem czyli Marco, Roberto, Paolo i Matteo, czarna kawa, impreza i Wzgórze Gellerta na gorąco.


Dotarliśmy pod wskazany adres i na bezczela przemknęliśmy za jakąś kobietą przez drzwi wejściowe. Ruszyliśmy w górę, by zorientować się, że na żadnych drzwiach nie ma ani numeru mieszkania, ani nazwiska...
No to gdzie by tu..?
 Ale nie ma głupich! Zawsze można zejść, odnaleźć właściwy przycisk na domofonie et voila!
Dziarskim krokiem pędzę na dół, sięgam do klamki i... Szok! Okazuje się, że drzwi są na zatrzask, a od środka otwiera się je magią... Albo dobrze ukrytym przyciskiem.
Telefon nadal milczy więc postanawiamy kulturalnie, "na żula" rozsiąść się na schodach.
Chwilę później słyszymy otwierane drzwi i na schodach pojawia się Marco. Jak zwykle pojawia się problem (który mnie zawsze bawi niezmiernie) w ilości wymienianych na powitanie całusów.
Włoch całuje 2 razy, a tym Polkom jeszcze mało!
Widać też lekkie rozczarowanie kiedy CS'owe "my two friends and I" (chwała Panu za angielski i jedno słówko dla obu płci :D ) okazuje się zestawem 2 dziewczyny + 1 facet.
Cóż, Aniołki Charlie'go będziemy odwalać następnym razem.
A i tak najlepsza była wiadomość od Marco... Wyglądało to tak nieprawdopodobnie, że serio wątpiłam w mój angielski. Otóż zaproszenie przysłał mi takie:



Wchodzimy w sam środek imprezy. Alkohole świata, przekąski, muzyka i śpiew, Budapeszt po włosku wita nas opcją all inclusive.
Trochę szkoda, że jestem jedyną osobą, która z nimi rozmawia.
Kasia rozumie większość, ale nie czuje się pewnie w mówieniu. Więc nie mówi...
A M nie mówi, bo nie umie. Wyciąga telefon i się nim bawi. Widać, że jest znudzony i nawet nie próbuje się integrować. Nie to co Kasia. Od wina dostała lekkich rumieńców i chęci coby się z chłopakami dogadać.
W trakcie rozmowy wychodzi na jaw, że Matteo jest pilotem. I pracuje dla Wizzair'a. Jakby tego było mało: dostałyśmy oficjalne zaproszenie pt: "Jeśli w samolocie usłyszycie moje imię dajcie znać, to pokażę wam kokpit. Nieeee to nie jest zabronione. W sumie lot dla pilota wygląda tak: start-film-lądowanie... Film mogę sobie odpuścić" :D
Z solenizantem musi być!
Niedługo potem M. ogłasza, że jest zmęczony, dlatego Marco zabiera nas taksówką (a co!) do owego drugiego mieszkania. Tłumaczy sposób otwierania drzwi i daje nam klucze.
Nas zaprasza na imprezy ciąg dalszy, więc M szykuje się do spania, a my szybciochem ogarniamy aparycje :D
Bawimy się w największym klubie Budapesztu aż do 4 rano.
Marco zamawia nam taksówkę. Wsiadamy, dojeżdżamy do mieszkania, płacimy (ała.. tym razem wolałabym spacer... tańsze to.), żegnamy się z kierowcą i idziemy do drzwi.
Wyciągam bezpiecznie schowane klucze (tu dziewczyny mają łatwiej if you know what I mean ^^) i podaję je Kasi.
Kasia wtyka pierwszy w zamek, obraca... I nie obraca.
Ups. To chyba był ten drugi.
Próbuje z drugim i SUKCE... Dobra, jednak tylko próbuje.
No to tego... Coś jest nie tak.

-Dawaj no te klucze!

Sprawdzam pierwszy: ani drgnie. Drugi? Głupio byłoby złamać.
Dzwonimy do M! A faktycznie. Telefony zostawiłyśmy w mieszkaniu, żeby nie zgubić.
No to mamy trochę prze... 4 rano. Ciemno. Pusta ulica. Przynajmniej pusta! I do tego zaczyna nam się robić trochę chłodno. Zaczynam chodzić żeby się trochę rozgrzać, patrzę na budynek, nad drzwiami widzę '92A'.

-Kasiaaaaaa. Jaki był numer domu?
-No 92..?
-Ale jaka literka?
-B, chyba?

... Czyli jednak wejdziemy do domu.
M zajął kanapę, zostawiając nam wspaniałe, duże łózko na antresoli. Plus nastrojowa czerwona pościel.
Śpimy do 10, a potem śniadanie: zdrowo i pożywnie! Czyli kanapki z pasztetem, zupki chińskie, kisiel, popijamy czarną kawą. Porządne odżywianie się Kasi poszłoooo... Ale jestem z niej dumna. Normalnie nawet soli nie używa, a tu je rzeczy, od których można zacząć świecić się w nocy i nie narzeka. Powiem więcej: w ogólne nie narzeka! Deszcz, chłód, mało snu, kiepskie jedzenie i ani jednego złego słowa.
Wychodzimy w słońcu późnego poranka (no chyba zacznę pisać wiersze!) na Plac Bohaterów. Zadanie dnia dzisiejszego: kupić Budapest Card. Daje ona możliwość bezpłatnego korzystania z komunikacji miejskiej, wejścia do paru muzeów a także do term (!).
Idziemy w kierunku Oktogonu, mijając kolejne ambasady.
Wyłudzamy mapkę miasta od chłopaka sprzedającego wycieczki objazdowe oraz rejsy po Dunaju. Pomaga nam również zlokalizować punkt informacji turystycznej gdzie prowadzona jest sprzedaż kart.
Info: Punkty informacji turystycznej (nie wiem jak jest z tymi przy dworcach i na lotnisku) są otwarte w dni robocze...
W sumie Kasia chciała zwiedzić Budapeszt pieszo. Szczęście jej dopisało.
Ruszamy w kierunku Dunaju mijając po drodze wspaniałą Operę (dla chętnych: można ją zwiedzać). Wchodzimy w uliczki mijając Bazylikę św. Stefana (Opłata za wejście: 200 huf/1 euro albo jak ja podczas następnego wypadu, weszłam na mszę. Za to nie mam zamiaru płacić), a potem omijając odgrodzone uliczki (jakiś film kręcili) docieramy do Parlamentu. To jest coś co absolutnie, obowiązkowo trzeba zobaczyć! I w dzień i w nocy. Dzień odhaczony, zostaje nam noc.


A teraz zagadka! I w sumie mogę się wykosztować na pocztówkę z następnego wypadu ;)
Co łączy Paryż i Budapeszt?
Kto pierwszy, ten lepszy.
Idziemy na Wyspę Małgorzaty, która jest sportowo-rekreacyjnym centrum miasta, i jemy tam drugie śniadanie. Chwilę wcześniej Kasia robi sobie zdjęcie przy jednej z brzydszych fontann jakie na Węgrzech widziałam.
Podróżniku! Pasztet Twoim przyjacielem! Burżujsko dodajemy ogórki i siadamy na ławce na odwrót, tak żeby mieć widok na rzekę.
Przechodzimy na stronę Budy.
Jej główną zaletą jest to, że daje dobry widok na Peszt :D
Ale i tam są fajne punkty. Baszta Rybacka i kościół św. Macieja. A do tego dwa wzgórza: Zamkowe oraz Gellerta. Po zobaczeniu Baszty, dajemy się skusić sklepowi z pamiątkami. Potem siadamy na schodach żeby zakupy zapakować i dostajemy w gratisie mijającą nas grupkę Francuzów.

Bo Francuzi :P
Następuje szybka decyzja: głodni jesteśmy, idziemy na polowanie!
Jako, że kolega z Oktogonu był bardzo pomocny postanawiamy i tym razem zgłosić się do niego po radę.
Przy okazji dopytujemy rejs... W końcu dochodzimy do wniosku, że nie będziemy sobie odmawiać skoro nie wiadomo kiedy znowu będziemy w Budapeszcie.
Znów idziemy w kierunku rzeki.. Mija nas kilka naprawdę dużych grup kibiców. Po jakieś 30-50 osób każda. Wie ktoś może co się tam 17 maja działo?
Od tego chodzenia odechciewa nam się szukania poleconych lokali, więc zgarniamy po ogrooomnym kawałku pizzy w pierwszym, który się nawinął.
Później kupujemy pocztówki (mam taki plan. zawsze przywozić pocztówki a potem wytapetować nimi jedną ze ścian) i pędzimy na łódź. Kolejne 40 minut spędzamy oglądając Budapeszt z perspektywy Dunaju. Całkiem to fajne ale zdecydowanie na jeden raz.
Kiedy znowu stajemy na lądzie decydujemy się poszukać jakiegoś sklepu monopolowego. Węgry? Tokaj! I nie napić się go?
A potem co? WZGÓRZE GELLERTA!
Miejscówa z najlepszym widokiem. Odnajdujemy mały placyk, siadamy na ziemi i walczymy z korkiem. Bo oczywiście o korkociągu nikt z nas nie pomyślał.. A właśnie: czego nauczyłam się przy kolejnym pobycie? Że jak dobrze traficie to można w sklepie poprosić o otworzenie butelki!
W końcu się udaje a my zaliczamy jeden z fajniejszych, wyjazdowych wieczorów.

A co się trafia później? Walka z własną wolą. Bo wiecie. Moja silna wola jest słabą silną wolą. A tu trzeba zdecydować czy wchodzimy jeszcze 2 razy tyle pod górę czy nie...
Z tego pojedynku wychodzę jako zwycięzca ;) wchodzimy (stąd to 'gorąco') i doświadczamy jednego z najlepszych widoków w życiu. Top 5 na pewno. Nie wiem czy nie najlepszego. Dociera do mnie co znaczy 'zapierający dech w piersiach'... I nie mam na myśli wspinania się na górę :D
Po 23 schodzimy do term zaraz pod wzgórzem. Wygrzewamy się (oraz gwałtownie schładzamy, po chyba nam się coś we łbach poprzewracało i po saunie leciałyśmy biegiem do baseniku 2x2m, wypełnionego wodą o temperaturze 12 stopni...) i po 2 wychodzimy.
W planach mieliśmy zobaczyć Parlament nocą. I nie wyszło. Okazało się, że światła gaszą, po którejś w nocy. Niby fajnie. Ekologicznie. Ale ja to chciałam Kasi pokazać!
Powrót do mieszkania jest chyba najtrudniejszym z wszystkich dotychczasowych marszów. Woda wyciągnęła z nas siły. W mieszkaniu tylko przebieramy się i rzucamy na łóżko.
W końcu jutro trzeba będzie jakoś wrócić.
Kasia na 8 w poniedziałek MUSI być na zajęciach...

A teraz WIDOCZKI:
















3 komentarze:

  1. co łączy Budapeszt i Paryż? po zdjęciach widzę, że bardzo dużo rzeczy! te uliczki wyglądają prawie identycznie do tych prowadzących na Montmartre <3 napis 'ego sum....' wygląda jak ten, który widnieje na operze paryskiej, architektura tak podobna... :D i co jeszcze? to, że Basia jadąc i tu, i tu, nie zabrała ze sobą korkociągu! :D
    buziaki! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak blisko! Ale niestety nie.
    Budapeszt ma naprawdę wiele wspólnego z Paryżem więc którakolwiek z poprawnych odpowiedzi będzie akceptowana. Tylko BŁAGAM niech będą konkretne :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Paryż i Budapeszt łączy jakieś 1485 kilometrów asfaltu ^^ To było proste, daj coś trudniejszego! :)

    OdpowiedzUsuń